W Gdyni odbywają się uroczystości 30. lecia „Solidarności”. I wbrew pozorom nie było uroczyście, pięknie i wesoło.
Jarosław Kaczyński był witany owacjami na stojąco, kiedy wchodził na salę. Już wtedy było wiadomo, że jeśli przemówi premier Tusk, będzie zadyma. I była. Spokojnie było podczas przemówienia Prezydenta Komorowskiego. Również Buzka, ale kiedy przemówił Tusk…, a właściwie zanim jeszcze przemówił, zaczęły się gwizdy i krzyki związkowej hołoty.
„(…) Wszyscy bez wyjątku, którzy mieli w sobie to elementarne poczucie odpowiedzialności za ojczyznę i to elementarne poczucie przyzwoitości, uczestniczyli w tym wielkim święcie, stając się z godziny na godzinę lepszymi ludźmi.(…) A dlaczego stawaliśmy się lepsi? Bo fenomen tamtej pierwszej „Solidarności” polegał na tym, że wszyscy u każdego i każdy u wszystkich szukał tego co dobre w nim a nie tego co złe. I dlatego wtedy w „Solidarności” było dziesięć milionów ludzi. Byćmoże uznacie za niestosowne to pytanie (…), ale co stało się z tymi dziewięcioma milionami, że one dziś nie odnajdują się w „Solidarności”? W tej „Solidarności, która dzisiaj jest organizatorem tego święta”
Rzecz jasna nastąpiły gwizdy PiSolidarności, jednak premier mimo to mówił dalej gorzkie prawdy: „Oni we własnych sercach i we własnej pamięci, z cała pewnością odnajdują tamto uczucie, tamten nastrój, tamto co każdego z nas czyniło lepszym. Bo ówczesna „Solidarność” i tak do końca życia będzie mi się kojarzyła, była jak człowiek z szeroko otwartymi ramionami. (…) Fenomen tej pierwszej, wielkiej, naszej „Solidarności” polegał na tym, że w tej „Solidarności” nikt nie wstydzi się odmiennego poglądu. Ba, każdy miał prawo ten pogląd wypowiedzieć. I na tym polegała także godność. Ta niezwykle wysoko ceniona wartość w ówczesnej „Solidarności” i szacunek każdego do każdego. (…) Ale dzisiaj jest rzeczą niezwykle ważną, aby te dziewięć milionów ludzi także wierzyło w to, że to jest ich święto. Że to jest święto całej tej pierwszej „Solidarności” (…) Wszyscy dobrze wiedzieli, ze na Krajowym Zjeździe Delegatów spotyka się reprezentacja narodu, która podjęła wielki wysiłek walki o wolność, dla wszystkich bez wyjątku Polaków, a nie dla jakiejś jednej grupy przeciwko drugiej grupie. I dlatego wówczas pół miasta wyległo pod halą Oliwii, żeby fetować te niespodziewane święto demokracji. Bo ludzie wiedzieli, ze „Solidarność” tamta jest darem powszechnym dla każdego Polaka. Nawet dla tych, którzy byli naszymi przeciwnikami.” A sala znów zaczęła krzyczeć i gwizdać.
Jakby na dowód swoich słów, premier Tusk przytoczył zdarzenie , które wydarzyło się podczas obchodów pierwszomajowych przed stanem wojennym, kiedy to pewna dziewczyna (z „Solidarności”) własnym ciałem zasłoniła zomowca, który zasłabł i o mało nie doszło do linczu. Jednak ludzie szybko się opamiętali. Wspomniał też o Janie Pawle II i jego słowach „Nie ma solidarności bez miłości”. „Jestem przekonany, ze kiedy Jan Paweł II w Sopocie mówił, że nie ma solidarności bez miłości, to podsumowywał doświadczenie milionów ludzi. Bo jestem o tym przekonany, że ta prawdziwa Solidarność wyklucza nienawiść. To jest być może jedyne wykluczenie w tej wielkiej Solidarności, to jest wykluczenie nienawiści.” I wspomniał słowa pieśni Jacka Kaczmarskiego z Festiwalu Piosenki Prawdziwej: „Ale zbaw mnie od nienawiści i ocal od pogardy Panie” jako memento , żeby nikt wtedy z nich nie wpadł w szpony pogardy i nienawiści.
Niesamowite to było wystąpienie premiera Tuska. I myślę, ze jedno z najbardziej wartościowych, jeśli chodzi o warstwę moralną. Tym wystąpieniem, w moich oczach, rzucił dzisiejszą, krzyczącą, buczącą i gwiżdżącą Solidarność na kolana.
Później głos zabrał prezes Jarosław Kaczyński. Jego wystąpienie było o tyle normalne, że dzielące Polaków, również z tamtej „Solidarności”. Kaczyński wyłuszczał, że robotnicy chcieli czego innego a wykształceni „doradcy” czego innego. Co było absolutna nieprawdą, wówczas przynajmniej. Było tez to wystąpienie dziwne bo, jakby przeczące swoim własnym poczynaniom. „ Wszyscy, którzy pamiętają tamte dni, znakomicie pamiętać muszą także to, jak często posługiwano się wtedy tym pojęciem. Pojęciem „manipulacja”. Nie wolno ludźmi manipulować! Nie wolno ludzi oszukiwać! Trzeba mówić jak jest! Nie wolno zmieniać znaczenia słów, bo to tez jest manipulacja! A tak często się z nią spotykamy. I na tej sali.” Zapewne Kaczyński pił do premiera, ale szczerze mówiąc nie zrozumiałem o co.
Był to fragment o tyle dziwny, że człowiek, który od dawna nic innego nie robi, jak tylko oszukuje, manipuluje a nawet kłamie (wystarczy wspomnieć choćby kampanię prezydencką, gdzie przebrał się kompletnie nie do poznania i jawił się jako „nowy wyrób”), mówi te słowa, a w domyśle zarzuca to innym. Kaczyński zapewne już na sali gdyńskiej „wołał” o głosy wsparcia PiSolidarności i episkopatu w obronie wyznaniowego państwa. I jak łatwo się domyślić, w obronie „obrońców krzyża” i „narodowej beatyfikacji” brata. Wspomniał bowiem o zasłudze „Solidarności” w uzyskaniu obecności religii, przede wszystkim katolickiej, w życiu publicznym kraju.
Oczywiście przemówienie Kaczyńskiego przyjmowano owacyjnie i przerywano gromkimi brawami. Nie zdzierżyła tego Henryka Krzywonos, która poprzez krzyki oburzenia, bardzo ostro krytykowała prezesa za dzielenie Polaków, a Solidarność za odejście od ideałów i upartyjnienie.
Trwała na mównicy niewzruszona mimo prób odebrania jej głosu. Postawiła na swoim, tak jak kiedyś. Wywołała zresztą ogromną konsternację władz Solidarności, ale tez Kaczyńskiego, który gorączkowo się naradzał ze swoimi najbliższymi poddanymi.
Kompletnym już utwierdzeniem w przekonaniu, że pani Krzywonos miała rację było wystąpienie Śniadka. Absolutnie antyrządowe i jeszcze bardziej absolutnie propisowskie. Po prostu żenujące. O tym, że Śniadek, bez względu na okoliczności mówi to samo, tj. Anty Tusk i proKaczyński, świadczy chociażby fakt, że trzydziesta rocznica jest mu kompletnie obojętna (żeby nie powiedzieć „obca”. „Pragnę też wyjaśnić panie premierze, że w osiemdziesiątym dziewiątym roku, kiedy odzyskiwaliśmy wolność, „Solidarność” liczyła półtora miliona. Tak, że odwoływanie się nieustannie do tych dziesięciu… no cóż…”.
Przypominam ci głąbie Śniadek, że dzisiaj jest rocznica sierpnia ’80, a nie czerwca’89!!!
Zamiast wielkiego święta, które mogłoby nim być, okazał się ten zjazd w Gdyni wielką kompromitacją dzisiejszej Solidarności. W najmniejszym stopniu nie wytrzymuje konkurencji tamtych czasów i tamtych idei. O tamtych charakterach, nawet tych nienawidzonych „agentów” jak Wałęsa, nie wspomnę. 